27 marca w bibliotece głównej odbyły się warsztaty pod tytułem „Mapowanie pogranicza” prowadzone przez dr Monikę Glosowitz i dr Karolinę Pospiszil. Spotkanie było nagrywane i można je odsłuchać w podkaście Czechostacja. Wersja czeska tej transkrypcji znajduje się na dole strony w plikach do pobrania.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu kulturalnego polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej 2025 w ramach programu dotacyjnego SYNERGIE.
TRANSKRYPCJA
[Barbara Englender] Witam Państwa serdecznie na kolejnym spotkaniu w ramach projektu "Rybnik Pogranicze". Projekt jest dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu dotacyjnego "Synergie". Dzisiaj spotykamy się na warsztatach z serii Mapowanie Pogranicza.
Jest z nami pani doktor Monika Glosowitz, pani doktor Karolina Pospiszil i będziemy rozmawiać o naszej lokalnej pogranicznej tożsamości.
[Monika Glosowitz] Dzień dobry Państwu. My może na początek powiemy trochę tym z Państwa, którzy nas nie znają, czym się zajmujemy i czemu my tu w ogóle jesteśmy. Obydwie pracujemy w Instytucie Literaturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego i od jakiegoś czasu i nawet już całkiem długiego czasu współpracujemy przy różnych okazjach.
I myślę, że fajnie się uzupełniamy w badaniu ostatnio opowieści kobiet. Gabrysia Gizdoń, która tutaj siedzi naprzeciwko mnie, brała i bierze cały czas udział w takim projekcie pamiętników kobiet z rodzin górniczych, w ramach którego ja zbieram opowieści kobiet właśnie pochodzących z rodzin górniczych Górnego Śląska, ale ostatnio już nie wyłącznie Górnego Śląska. No i generalnie zajmuję się od prawie że oboże dwóch dekad narracjami kobiet, wcześniej poetyckimi, w tej chwili już szeroko pojętymi, prozatorskimi, pamiętnikarskimi, ale wszelkimi, nawet wizualnymi.
Też zresztą mam dla Państwa trochę takich materiałów, które ostatnio zbieram przy różnych możliwych okazjach. To jest nawet zdjęcie, które ostatnio dostałam w Tarnowskich Górach na jednym ze spotkań warsztatowych. I mnie przede wszystkim interesowała płeć jako taka kategoria badawcza, ale też klasa.
A od kiedy z Karoliną sobie rozmawiamy właśnie nie tylko zawodowo, ale też prywatnie, myślę bardzo często o etniczności, której to wagę uświadomiłaś mi wielokrotnie. O języku, bo myślę, że to też dzisiaj wielokrotnie wybrzmi. I chciałabym, żebyśmy się właśnie zastanowili, zastanowiły nad tym jak te, i nie chcę mówić, że to są tylko i wyłącznie kategorie badawcze, bo przecież to są składowe naszej tożsamości.
Nawet myślę o tym w taki sposób, że to są pewnego rodzaju warstwy, czy składniki, elementy tożsamości, które nas budują. No i właśnie. I jeszcze przy okazji może od razu powiem, bo to przed chwilą przegadywałyśmy, bo to też nie wybrzmiało, że ja urodziłam się w Rybniku, tu mieszkam.
Przez jakiś czas mnie tutaj owszem nie było, natomiast już od 2016 roku jestem z powrotem i mam takie poczucie, że tej czeskości, czy bliskości Czech my tu w Rybniku tak nie odczuwamy. Nie wiem, zapomnieliśmy o niej? Może to jest takie też wielkie pytanie, skąd ten brak?
Chociaż to jest też takie pytanie, na które niekoniecznie musimy dzisiaj znaleźć odpowiedź, bo z pewnością byłoby takim dużym pytaniem badawczym też.
[Karolina Pospiszil] No ja miałam podobną historię jak Monika, czyli też zajmowałam się początkowo tylko jakby jednym aspektem, czy w zasadzie może dwoma, czyli etnicznością, głównie z nastawieniem na Górny Śląsk i klasą, bo interesowały mnie przede wszystkim opowieści i twórczość literacka, robotnicza, powiedzmy szeroko rozumiana, a Monika zwróciłam uwagę na płeć. To zresztą też samo z siebie gdzieś tam krzyczało o uwagę, bo badałam bardzo dużo czeskojęzycznych opowieści górnośląskich i tam jednak przeważały narracje kobiet, co jest w takim bardzo wyraźnym kontraście z tą polską częścią regionu, gdzie gadają faceci i w zasadzie zasłaniają sobą wszystko, tutaj mam na myśli pisarzy przede wszystkim, i kobiety sobie piszą, są gdzieś tam na marginesie, ale nie wchodzą do mainstreamu. Z kolei po czeskiej stronie widzę, że mainstream tworzą kobiety, już nawet nie tylko ten górnośląski. Z kolei mężczyźni są tacy bardziej milczący, więc myślę, że to też zasługiwałoby na uwagę.
No i od tego, gdy to zauważyłam, to jeszcze właśnie z Moniką omawiałyśmy te kwestie też płci i doświadczenia kobiecego, plus jeszcze ta etniczność tutaj się nakładała, więc myślę, że gdzieś tam obie się wspierałyśmy w badaniach, a my może piszemy o innych rzeczach. Może dlatego się lubimy. No i jeszcze tłumaczę książki związane z Górnym Śląskiem, z języka czeskiego, głównie z ziemią hulczyńską, chociaż ostatnio, miejmy nadzieję, że w tym roku wyjdzie, ale bojujemy o to mocno, tłumaczyłam "Górnicze wdowy".
Jest to książka niejako podobna do opowieści kobiet z rodzin górniczych, ale tych opowieści jest mniej, bo tylko osiem i są to historie kobiet, czy wdów w zasadzie z Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego, ale historie wstrząsające, zebrane tam z przestrzeni wielu lat. No staramy się od pół roku o wydanie tej książki, ale jesteśmy już na dobrej drodze, żeby była, więc to też uzupełni pewnie te opowieści, które już Monika zebrała i co marzeniem jest taki wielki, transregionalny, transgraniczny w zasadzie projekt, żeby te opowieści wybrzmiały razem, ale to jeszcze przyszłość.
[Monika Glosowitz] To wszystko przed nami, ale ta perspektywa porównawcza jest bardzo ciekawa też, myślę, że wiele ciekawych elementów może nam się dzisiaj pojawić, a jeszcze tylko dopowiem też tak na marginesie, bo akurat rano też nagrywałyśmy jedną z opowieści mówionych i ta nasza opowieść gdzieś skręciła na bok, że tak powiem i zastanawiałyśmy się właśnie nad charakterem pogranicza, w ramach którego funkcjonujemy i ja sobie przypomniałam zajęcia, które prowadziłam w Szkole Języka Polskiego, które miały w tytule pogranicze, już teraz nie pamiętam, czy to była kultura pogranicza czy coś w tym stylu. Ja na tych zajęciach zajmowałam się Wołyniem i w ogóle nie przyszło mi wtedy do głowy, że trzeba mówić o swoim regionie.
[Karolina Pospiszil] To ja przeskoczę do slajdu o granicy, bo od tego slajdu zaczynałam zajęcia o pograniczu. Tutaj widzą Państwo, to jest, ja nie wiem, czy ten płot jeszcze stoi, to jest zdjęcie z czeskiego Cieszyna. Jak Państwo widzą, są napisy dwujęzyczne razy trzy, czyli mamy po czesku, po polsku, po słowacku i po niemiecku.
Ja robiłam to zdjęcie w 2010 roku, gdy kończyłam pisanie pracy magisterskiej. I szukałam jakiejś ilustracji, bo o pracę pisałam o Micie Europy Środkowej, ale skupiałam się też na przykładzie właśnie Górnego Śląska w ostatnim rozdziale i szukałam czegoś, co odda absurd tej sytuacji. Romantyzując wówczas, więc myślałam, że po prostu ktoś chce oddać sprawiedliwość narodom tam mieszkającym.
Stwierdziłam, że może jeszcze i jidysz by tu pasowało, po czym po rozmowie z osobą, która tam mieszkała okazało się, że absolutnie nadinterpretowałam i chodziło o to, żeby wyśmiać ten pomysł właśnie wprowadzony w życie dwujęzycznych nazw polsko-czeskich czy czesko-polskich, bo pan właściciel się sprzeciwiał właśnie jakby widocznej obecności mniejszości polskiej na tak zwanym Zaolziu. No teraz przyznając się do swojego błędu i nadinterpretacji, widzę jak trudno też w ogóle mówić o pograniczu, bo chcemy widzieć to wspaniałe współżycia i prawie brak konfliktów, a kończy się, cytując, teraz się zastanawiam, Nohavicę czy Putzlacher, bo te wiersze mi się zakrywają - z Cieszyńskiej, że traci się głowę, jak szlabany spadają. To jest kwestia właśnie do dyskusji.
[Monika Glosowitz] To dzisiaj rano też miałam taką opowieść z lat dwudziestych zeszłego wieku o tym, jak powstawała szkoła w Kamieniu, która powstała w roku trzydziestym pierwszym. Tworzył ją Alojzy Szewczyk, teraz jej patron i patron zresztą ulicy, przy której stoi. No i właśnie to była rozmowa o konfliktach, o tym, jak mniejszość niemiecka została jakby pozbawiona możliwości utworzenia szkoły, dlatego, że weszła ta Polska, za którą optował Szewczyk.
Więc to też jest niesamowite, że zawsze to jest jakieś hierarchizowanie, jakby nigdy nie ma mowy o takim, znaczy nigdy, może przesadzam, ale jakimś takim równościowym, sprawiedliwym podziale.
[Karolina Pospiszil] To może teraz kwestia dla państwa, bo my mieszkacie bliżej granicy, niż ja mieszkam w Bytomiu. Ile godzinę do Ostrawy mniej więcej, ale stąd jest trochę bliżej.
[Monika Glosowitz] No Basia nam ostatnio uświadomiła, że mamy stąd trzydzieści siedem kilometrów. Ja dalej dojeżdżam do pracy, bo pięćdziesiąt siedem, pięćdziesiąt osiem jadę z Kamienia do Katowic i tak sobie myślę, że do Czech w ogóle nie jeżdżę. W sensie nie byłam nigdy w Karwinie, muszę to powiedzieć głośno.
Więc pytanie do państwa, czy te Czechy funkcjonują jakoś w waszej wyobraźni, w waszym życiu codziennym, czy one odgrywały, odgrywają jakąkolwiek rolę?
[Uczestnik warsztatów] Tak jestem pierwszy z brzegu, to tak zwany pool position. No Czechy zajmują miejsce w moim życiu póki co, ponieważ pracuję w firmie czeskiej i posługuję się językiem czeskim na tyle, co mogę. Także rzeczywiście te kontakty jakieś są, ale też stwierdzam, że oprócz tego, że gdyby nie te zawodowe relacje, to chyba jednak nie byłoby aż tak dużo tych kontaktów jak na przykład kiedyś.
Kiedyś, w sensie dwadzieścia kilka lat temu powiedzmy, to się więcej do Czech jeździło, bo to było takie ciekawe, nam się granice pootwierały. Były różnice w zaopatrzeniu w sklepach, także to było też fajne. Zwiedzanie różnych rzeczy tak pod względem turystycznym to było bardzo sympatyczne i takie odkrywcze.
No teraz się to wszystko gdzieś pozacierało, tak spowszedniało i tak stwierdzam, że rzeczywiście teraz szukamy bardziej w Polsce może, przynajmniej chodzi o moją rodzinę, szukamy w Polsce ciekawych rzeczy, a w Czechach tak od czasu do czasu tylko.
[Monika Glosowitz] A dla pań Czechy są w ogóle jakimś istotnym punktem odniesienia?
[Uczestniczka warsztatów] Znaczy dla mnie, ja już wiele lat nie byłam w Czechach, ale byłam w Pradze, byłam w Ostrawie i w tym terenie takim przygranicznym, a brat jeszcze był na takiej wycieczce jakby śladem czeskich gór i tych zamków. Ostatnio już nie było może takiej okazji i tak jak też pan powiedział, że kiedyś to zaopatrzenie tam było atrakcyjne dla Polaków, też taka wymiana mi się wydaje, bardziej taka polsko-czeska istniała. Też do Cieszyna się jeździło po polskiej stronie i czeskiej.
No takie doświadczenia jakieś tam mam, ale nie jakieś takie ogromne. W Pradze też te Hradczany zwiedzić, Stare Miasto. Też na lotnisku w Pradze byłam, tam kuzyna żeśmy odbierali.
No takie sytuacje, takie dnia codziennego można powiedzieć, takie wydarzenia.
[Karolina Pospiszil] Ale żeby zwiedzić, nie wiem, Krzywy Kościół w Karwinie, nad Karwińskie Morze pojechać.
[Uczestniczka warsztatów] Ja w Karwinie w ogóle nie byłam.
[Karolina Pospiszil] No to tutaj musimy trochę pracy u podstaw zrobić.
[Monika Glosowitz] No właśnie to samo uświadomiłam mi Agnieszka Siedlaczek, która zresztą z nami przez jakiś czas studiowała, teraz pracuje w Wydziale Rozwoju Urzędu Miasta i mówi, że w 2000, no właśnie gdzieś w 2010, 2012 roku, tu w Rybniku, kiedy jeszcze istniał ośrodek akademicki, przygotowywała się do zrobienia takiej konferencji, która miała właśnie jakoś te tematy pogranicza poruszyć. No i wtedy dochodziły do tych samych wniosków. W sensie, że jakby w tej naszej, już nawet nie chodzi o jakąś szeroko pojętą kulturę wysoką, że nie funkcjonuje w tej naszej, w tym polu takiej pamięci kulturowej, żeby już tak to ująć.
Nie istnieją wpływy czeskie, czy jakieś motywy, czy nie wiem, postaci, czy teksty. Tylko, że my w ogóle jakoś się zamknęliśmy na te Czechy, bo ja też pamiętam z czasów dzieciństwa, że jeździliśmy, jeździło się po wódkę, po Lentilki, po herbatę taką w płynie, której teraz już nie pamiętam nazwy. To przekraczało się granice, robiło się na tym a'la targu zakupy i się wracało.
No ale przynajmniej przekraczało się te granice, miała się świadomość, nie? Jakby jakieś zmiany przestrzeni, a w tej chwili jakby kompletnie zero. Jakby tylko z takiej perspektywy turystycznej, ewentualnie ta Praga jako istniejące tam gdzieś daleko, staromiejski, że tak powiem, teren.
[Gabriela Gizdoń] Ja jeszcze pamiętam, ale właśnie z czasów, może z czasów takich nastoletnich, że zawsze z mamą się jechało i się przywoziło sztuczne kwiaty. A z tych kwiatów później zawsze się robiło wieńce na wszystkich świętych.
[Karolina Pospiszil] A koraliki i kryształki z Jabłonkowa, nie?
[Gabriela Gizdoń] Tak, też. Jablonex. Albo później była jeszcze, mam nawet w domu, huta szkła Bohema, czy coś takiego.
[Karolina Pospiszil] Takie kryształy.
[Gabriela Gizdoń] No, ale po prostu cały taki komplet kieliszki do wódki. One mają takie złote i wiem, że to na pewno jest czeskie, nie?
Ale to pamiętam, że zawsze się jechało, przed świętami się przywoziło tego, a później po prostu jak się miało tych grobów ileś tam, no a to się wiło te wieńce i właśnie z tych sztucznych kwiatów, a one były piękne wtedy. No teraz w porównaniu z tymi, no ale to było 40 lat temu, nie? To się tak robiło, to tak.
A później, no, książeczki walutowe, nie? Bo trzeba było wymianę zrobić, żeby tam coś kupić. To nawet w domu jeszcze te książeczki walutowe są.
Korony trzeba było, czeskie, no zresztą do dzisiaj są korony, nie? Ale była książeczka walutowa, gdzie tam była jakaś ta wymiana i to do dzisiaj. I to to też tak pamiętam, a później jak już to się podzieliło, no to wiadomo, że się tam jechało też tak jak turystycznie, nie?
Ale nie żeby tak jakoś, tak jak tu pani mówi o Karwinie, o tym Krzywym, to znaczy się, znam, sąsiad akurat pracował na czeskiej kopalni, nie? I on z Czuchowa po prostu dziennie tam dojeżdżał. Już teraz jest na emeryturze, ale też tam, no, pracował, nie?
[Monika Glosowitz] A to po zamknięciu kopalni Dębieńsko?
[Gabriela Gizdoń] Nie, on wcześniej, on wcześniej, on chyba z tego co pamiętam, chyba wtedy wziął jakąś odprawę.
[Monika Glosowitz] A tak i wtedy oni nie mogli być zatrudnieni w polskich kopalniach, nie?
[Gabriela Gizdoń] Tak, oni nie mogli być tutaj, a on nie miał jeszcze po prostu, nie i wtedy po prostu, że tak powiem, dorobił do tej emerytury polskiej, ale też emerytura czeska chyba 55 lat chyba, dopiero tam chyba była. Czy oni też tam ileś musieli mieć, żeby po prostu na tą czeską emeryturę przejść górniczą, nie? Także no to tak, ale tak, żeby po prostu, przepraszam, się jeździło, mimo że jest autostrada i można jechać, to może trzeba to nadrobić.
[Karolina Pospiszil] Ja mam wrażenie, że to nawet w Cieszynie widać, mówię o tej polskiej stronie, mam bardzo wielu znajomych w Cieszynie i niewielu z nich przekracza te granice, a mogą pieszo to zrobić. Więc to jest jak jakiś taki konstrukt w głowie, że po prostu do Czech się nie chodzi, nawet na tego Pilsnera albo Radegasta, chociaż wprowadzono zakaz picia, ja się dobrze pamiętam nad Olzą, ze względu na Polaków, którzy tam faktycznie przychodzili wypić na powietrzu, i ten zakaz tam obowiązuje w jednym miejscu, ale nie ma takiego porozumienia i na tych pierwszych warsztatach, które prowadziłam w Niedobczycach, owszem, panie wspominała, że oglądały czeską telewizję i mogłyśmy sobie porozmawiać o Arabeli, która kręci pierścionkiem i coś się zmienia.
No ale to mamy te wspomnienia, tak, czeskie seriale i one to oglądały po czesku, więc zrozumiały trochę, ale tak naprawdę nie było jakichś relacji takich głębszych, międzyludzkich, nawet jeśli ludzie ze sobą pracowali, spotykali się, bo panie mówiły o zjazdach ratowników górniczych, w Ostrawie zresztą jest fantastyczne Muzeum Ratownictwa Górniczego, w Lantek Parku i to jakoś wszystko zniknęło, gdy właśnie wszyscy poprzechodzili na emerytury albo zmienili pracę, nie przetrwały te znajomości. Padły takie pytania, czy po prostu te różnice kulturowe są za duże, że nawet jeśli tam ktoś się znał i dogadywał, zwykle wszyscy mówili po naszymu w różnych wersjach, to to po prostu jakoś nie przetrwało, bo nie było innych tematów poza pracą.
[Gabriela Gizdoń] Teraz chyba to, że tak powiem młodsze pokolenie, bo akurat pokolenie tam trzydziestoparolatków, czy ile jeszcze mają dzieci, to jeżdżą na przykład do zoo, do Ostrawy, czy tam są baseny jakieś, aquaparki, czy coś takiego, to znowu w ten sposób, ale żeby tak, to nie wiem, czy tam coś zwiedzają, a jednak jest dużo tego, żeby po prostu pozwiedzać. Także to myślę, że wszystko przed nami.
[Karolina Pospiszil] Co stanowi o pograniczu? To, że te kultury powinny się przenikać w jakiś sposób? I tak jak pokażę państwu, bo tutaj będziemy trochę skakać, zebrałem zdjęcia, które jakby wskazywały, to są całe trzy slajdy, które wskazują na to, że mamy te dziedzictwa różnojęzyczne przynajmniej i różnych kultur na Śląsku, ale nie znalazłam śladów czeskich, mimo że one powinny być.
Chodzi mi właśnie głównie o te na przykład napisy, które zostały na budynkach albo te wychodzące z pod tynku, które świadczą o tym, że tam ktoś kiedyś był, ale zapaćkaliśmy to i teraz jakby wychodzą te trupy z szafy. No i tutaj mam przykłady z Bytomia, to są akurat, to jest moje miasto, czyli mamy Bäckerei. To nie jest piekarnia, tak się nazywa teraz sklep z odzieżą lnianą.
Drugie zdjęcie jest ze szkoły przy Alei Legionów i to tak zostało za wysoko, cegła klinkierowa nie dała się zatynkować, więc zostawili, ale faktycznie za komuny jakby wszystkie tego typu napisy, czy większość była zasłaniana. No i tutaj jeszcze na tym dolnym zdjęciu widać też, że wychodzi napis niemiecki, ale były też napisy polskie, które też zostały po prostu zasłonięte. Przykłady z Raciborza słabo widać.
To jest ulica Brzeska, ulica Stalmacha. Nie byłam w stanie do końca odczytać, co tam jest, ale mam przykład z Rybnika, nie mojego autorstwa. Tutaj autor jest wypisany, pan Adrian Kot na Sobieskiego 38.
Podobno już tego nie ma. Pierwszy po lewej to jest Central Drogeria i tam więcej jest tych napisów, ale też nie byłam w stanie tego odczytać. Zachowane jako właśnie świadectwo dziedzictwa jeszcze tego niemieckiego, czy niemieckojęzycznego.
No i "Pod szpontem", domyślamy się, tak zwany „Kuflolot”, nazwa po naszymu, tak, bo po śląsku zwał, jak zwał, to też stary napis, gdzie spotykali się głównie robotnicy, żeby po pracy, jak to się mówi, nawodnić się piwem, tak, podobno, przepłukać gardło, tak. Te ślady faktycznie gdzieś widać, gdzieś wychodzą. No jeszcze nie jeździłam po tych zupełnie przygranicznych miejscowościach, żeby znaleźć napisy czeskie, bo jak no ta kultura, już nie mówiąc o Kotlinie Kłodzkiej, że ta kultura czeska była obecna, tylko no jakby ślady po Niemcach zostały, a po Czechach tak wielu śladów nie widać, poza nazwiskami, w tym moim.
[Uczestnik warsztatów] A nie jest to tak, że tych śladów więcej jest po drugiej stronie granicy, to znaczy śladów Polski po czeskiej stronie.
[Karolina Pospiszil] Owszem, owszem.
[Uczestnik warsztatów] To chyba tak to działa właśnie.
[Karolina Pospiszil] No ale w Kotlinie Kłodzkiej, no, Czesi byli. Nie wiem, z czego to wynika.
[Gabriela Gizdoń] Ja kiedyś byłam w Żorach, tam w tym pałacyku odnowionym, na takiej prelekcji turystycznej. I właśnie były zamki pokazane, ileś tamtych zamków i w Polsce, i tutaj na pograniczu zaraz czeskim. I jeden zamek był pokazany, tak jakby rzeka przedzieliła go.
I mogliście państwo zobaczyć, w jakim stanie on był w Czechach. Ta połówka, a jaka była w Polsce. U nas to po prostu była ruina totalna, a tam to było tak dopieszczone, odnowione, udostępnione dla zwiedzających.
Także nie wiem, czy to też w jakiś sposób powinniśmy brać z nich przykład. Czy, no, nie wiem. I to tylko takie po prostu, że jeden zamek, już teraz nie pamiętam, bo to było rok temu, ale po prostu rzeka przedzieliła, jak po prostu były granice, później nie, no to po prostu było.
Tu było tu, tu było tu, no ale dzień i noc.
[Karolina Pospiszil] Nie wiem, jak ten stosunek do dziedzictwa, bo ja bym chciała skręcić teraz w kierunku regionalnym. I tak jak zastanawiając się nad kwestią, powiedzmy, górnośląską w Polsce, to mamy wiele zastrzeżeń, nieuznanie języka, ale jakby tożsamość jest silna. To po czeskiej stronie widzę tę silną tożsamość w zasadzie w Ostrawie, która jest osobna i w Kraiku hulczyńskim, czy Ziemi hulczyńskiej, tak chyba powinniśmy mówić, ale nie ma takich silnych ruchów.
I znajomy z Ostrawy podpowiadał mi, że to może dlatego, że Czesi ogólnie mają słabsze relacje międzyludzkie. Aczkolwiek to nie jest poparte żadnymi badaniami, tak myślę. Więc tylko jakby patrząc i słuchając też z pierwszych warsztatów wypowiedzi, to miałam wrażenie, że właśnie nie potrafimy utrzymywać tych relacji, a mamy je z przedstawicielami innych narodów, bo ktoś przywoływał, nie wiem, czy Niemców, czy Górnoślązaków z Niemiec tak naprawdę, bo jakby o tym była mowa.
A tutaj słowiański język dogadamy się po naszemu, a co, nie wiem, nie widać tego. A Zaolziaków może Państwo znają albo mają jakieś kontakty z Polakami z Zaolzia? Tylko oni się nie czują tyle Ślązakami, co Polakami.
[Uczestnik warsztatów] Tam jest ta społeczność polska, są polskie szkoły, tam łącznie z maturą po polsku i tam w zasadzie tak oceniam, że to jest miejsce, gdzie najtrwalej jeszcze słychać gwarę cieszyńską. Tam jest taka czysta ta gwara, oni po prostu o nią mówią po naszemu, to znaczy po prostu to jest stara gwara cieszyńska, natomiast w polskiej części cieszyńskiej ziemi to już tak w zasadzie się tak zgubiło. A jeszcze tak korzystając, że mam mikrofon, też taką właśnie o tej tożsamości takiej tu Ostrawa czy coś, takie zdarzenie opowiem, które w zasadzie tak trochę jak anegdotę.
To znaczy gdzieś z jakąś firmą w Ostrawie zaczęliśmy coś tam rozmawiać i tam zadzwoniłem służbowo, chciałem jednego z tych szefów, i chciałbym jutro przyjechać do Pana, czy Pan będzie w biurze? A on mówi, ten Ostrawak mówi, że nie, jutro nie będę, bo jutro jadę do Czech. Zaraz, zaraz, bo w jakiej chwili?
Co Pan mi tu mówi? A on mówi, dla nich po prostu Czechy to są gdzieś tam od Pardubic gdzieś tam dalej na zachód, a oni to są, to jest Śląsk, Śląsk Morawy. Także to nie są Czechy tutaj, jak dla nich, tak a propos tej tożsamości.
[Karolina Pospiszil] No słusznie jakby, tak. Republika Czeska, która się nie nazywa Republiką Czeską, składa się z Czech, Moraw i Śląska.
[Paulina Rzymanek] Dla mnie Czechy zawsze były totalnie oczywiste, bo połowa mojej rodziny jest z Czech i ja nigdy sobie no nie kontekstualizowałam tego na takiej zasadzie, że to jest jakaś część mojej tożsamości. Po prostu była rodzina w Cieszynie, w czeskim Cieszynie i się jeździło do Cieszyna zawsze na Święto Zmarłych. Był zjazd rodzinny, połowa rodziny mówiła po czesku i tak się zastanawiam właśnie nad tymi jakimiś takimi śladami, gdzie one mogą być i one dla mnie po prostu były takie bardzo prywatne i relacyjne i rodzinne i nigdy nie szukałam ich jakoś bardziej w przestrzeni, w literaturze, w kulturze, w sztuce.
Bardzo mnie uderzyło to, co pani powiedziała o sztucznych kwiatach, bo naprawdę Czechy z dzieciństwa kojarzą mi się totalnie ze sztucznymi kwiatami. I jakoś tak wróciły dzięki temu do mnie wspomnienia. A jeszcze tutaj krótko powiedział pan z kolei o gwarze i o czeskim Śląskim.
I tak, moja mama jest tutaj z Rybnika i mówi po śląsku. Tata jest z Mysłowic, jego rodzina jest z Cieszyna i on jak mówił po śląsku, to mówił po śląsku cieszyńskim i mama zawsze do niego mówiła nie mów tak, bo tak się nie mówi. I jak ja zaczęłam, próbowałam mówić coś po śląsku, to mówiłam w takiej bardzo dziwnej mieszance, w związku z tym teraz w ogóle nie mówię po śląsku, bo się zawsze bardzo wstydzę, że albo powiem coś po cieszyńsku, albo jeszcze, no właśnie pracuję nad tym.
Ale właśnie tak szukam tych różnych językowych śladów i tropów i też tata też mówi po czesku, więc jakoś tak muszę chyba się zacząć bardziej zastanawiać nad tym, gdzie te Czechy dla mnie mogą być poza rodziną. Więc to tak tutaj przysłuchując się temu wszystkiemu. Dzięki bardzo za te kwiaty, bo naprawdę.
Dzięki.
[Monika Glosowitz] No właśnie, ja sobie tak pomyślałam o tym, że, bo mówimy o tej obecności innych kultur i że ten niemiecki jest tak bardzo obecny.
[Karolina Pospiszil] Jest też opracowany dość dobrze.
[Monika Glosowitz] Tak, ale on jest obecny, bo ciągle jest w jakimś takim antagonizmie, nie?
Że tutaj wychodzą różnego rodzaju narracje o krzywdzie. Znaczy ja to mam dzisiaj na świeżo akurat po tych nagraniach.
[Karolina Pospiszil] Narracje o krzywdzie albo piątej kolumnie.
[Monika Glosowitz] Tak, żalu, krzywdzie i za tym stoją, no wiadomo, bardzo konkretne ofiary, że tak powiem. A tu w tej relacji polsko-czeskiej, co byśmy mogli w ogóle, bo może tak sobie myślę, tym tropem emocji pójść, nie?
[Karolina Pospiszil] Ja chwilę odłączę i tropem emocji coś pokażę, bo to jest z wykładu, który robiłam właśnie o literaturze, co prawda, ale gdzieś tu powinno mieć zdjęcie. Kojarzą państwo w Cieszynie Nike cieszyńską tak zwaną, w którą stronę ona ma swoją szabelkę skierowaną? Ja nie wiem, czy znajdę tu zdjęcia.
W czeskiej granicy. Jan Raszka ją stworzył w latach trzydziestych. Hitlerowcy zniszczyli.
Odbudowano ją, nie wiem, paręnaście. Pisało o niej w pracy doktorskiej, którą kończyła w 2014, na pewno stała. No i ma tę szabelkę właśnie w stronę czeską, jako wyraz ówczesnego polskiego imperializmu.
Wiadomo, jakby dwudziestolecie ciągłe walki o Zaolzie, tak zwane Zaolzie, żeby nikogo nie obrazić. No tu Czesi w pewnym momencie postawili generałowi Šnejdárkowi, nie wiem, czy to można pomnikiem nazwać, taki jakby obelisk, taki kamień wielki w Bystrzycy. I tam jakiś Polak się zakradł.
A może wyjaśnię, kim był generał Šnejdárek. Jeden z dowodzących wojsk czechosłowackich w czasie właśnie tych walk o Zaolzie. I nie tylko ważna postać dla Czechów, ale jego żołnierze spoliczkowali, teraz nie pamiętam, czy polskiego księdza, czy pastora, więc proszę wybaczyć, jeśli się mylę.
Więc to już było dużo, za dużo dla Polaków, którzy tam mieszkali. No a dodatkowo jeszcze zabili w walkach iluś polskich żołnierzy. Wiadomo, jak się walczy, to się ginie.
Więc Polak się zakradł i narysował tę swastykę na szubienicy. Taki charakterystyczny. No i później to zmywano i znowu rysowano i zmywano i rysowano.
Tak samo te nazwy polskie w czeskim Cieszynie też bywają zamazywane. Taka walka na pomniki, tak to nazwałam, ale właśnie szukam i nie wiem, czy znajdę.
[Monika Glosowitz] Czyli jednak te antagonizmy...
[Karolina Pospiszil] Antagonizmy oczywiście, że są, zawsze są antagonizmy.
[Monika Glosowitz] Ale one nam tutaj w Rybniku są chyba dosyć, to nie nasza, nie nasza, nie nasze antagonizmy, nie nasza opowieść, w takim sensie.
[Karolina Pospiszil] Znaczy, mi się wydaje, że w Rybniku macie takie spojrzenie, jak większość Polaków, czyli Szwejkowie, Pepiki. Jak się jeszcze o Czechach mówi? No Pepiki głównie u nas chyba.
[Monika Glosowitz] Pepiki, nie?
[Karolina Pospiszil] To od Józefa zdrobnienia, nie? Pepo, stąd Pepiki. W każdym razie, no jakby to spojrzenie polskie jest takie z góry.
Tak, że my jesteśmy lepsi, więksi. Czeski jest takim śmiesznym językiem. Proszę spróbować w Czechom powiedzieć kamizelka kuloodporna, to też się ubawią.
Pan może coś by powiedział na ten temat?
[Jakub Medek] „Neprůstřelná vesta”
[Karolina Pospiszil] No, ale mówię w Czechom „kamizelka kuloodporna”. Kamizola to podomka, podomka kuloodporna.
Może pan wyjaśni?
[Jakub Medek] No ma to też związek z jądrami.
[Karolina Pospiszil] I z odporem, w sensie odganianiem.
[Jakub Medek] Problem jest tego rodzaju, ja jestem mieszańcem. półpolakiem, ale Polakiem z góry, nie ze Śląska. Półczechem i Czechem z Czech, nie ze Śląska.
[Karolina Pospiszil] Krojcok...
[Jakub Medek] Ja jestem Pepiko-gorol. To ja jestem coś gorszego od Krojcoka. Ja jestem Pepiko Gorolem.
[Karolina Pospiszil] Ja to muszę zapisać.
[Jakub Medek] Tak jak pan mówił o tym podziale, my rzeczywiście w Czechach mamy bardzo mocno w głowach, chociaż on nie jest administracyjny, ten podział na Czechy, Śląsk i Morawy, chociaż administracyjnie go w ogóle nie ma. Ale mamy to wszystko mocno w świadomości i mamy na to w ogóle osobne słowa. I to jest strasznie duży problem, kiedy musimy o tym mówić, kiedy próbujemy o tym mówić po polsku, bo w Polsce nie ma takich słów.
W Polsce są tylko Czechy. A po czesku czym innym są Czechy jako kraj historyczno-etniczny, a czym innym jest Czesko, jako zusammen państwo składające się z historycznych krain Czech, Moraw i Śląska. Co do tej śmieszności języka, ja nie wiem, bo mnie nie śmieszy ani polski, ani czeski, tak?
[Karolina Pospiszil] Ale bywa, tak. Ale śmieszyło, prawda, śmieszyło.
[Jakub Medek] Jestem w stanie zrozumieć i to też jest prawda, że ja się zgadzam z panią, że jest takie patrzenie z góry w obie strony. To znaczy i Polacy patrzą na Czechów z góry, że to jest taki ten mały naród, co śmiesznie gada, tacy tchórze i jeszcze ten motyw, który się dość często w moich rozmowach powtarza, to jest ta plebejska kultura. To akurat na Śląsku myślę, będzie szczególnie, znaczy jakby śmieszne, ale patrząc na to z perspektywy Polski, gdzie jest cały czas to odwołanie do arystokracji, do ziemiaństwa i tak dalej, to się mówi, że Pepiki to tacy plebejusze, tacy chłopi, robotnicy, nic fajnego, ale tak naprawdę to patrzenie z góry jest też w drugą stronę i w drugą stronę ten język, no tak jak pani mówiła o tej kamizelce kuloodpornej, jest równie śmieszne. To znaczy z czeskiego punktu widzenia język polski jest równie śmieszny.
[Karolina Pospiszil] Mi się przypomniało, jak pan teraz mówił, fragmenty, co są nietłumaczone z trylogii śląskiej Jindřicha Zogaty i tam jest taki fragment, gdzie jakby ustalane są granice, Czesi chcą, żeby te dzieci w szkołach bardziej się opowiadały za Czechami, Polacy, że za Polakami i tam są te fragmenty typu, że pepiki, szwejkowie i tak się wyzywają, że przecież ich królem był Jan Žižka bez oka i heretycy w ogóle przegrali pod Białą Górą, no to co to ma znaczyć? Że jak my pojedziemy, no to przejdziemy przez całe Czechy i zatrzymamy się w Wiedniu w jeden dzień.
Ale w drugą stronę było też właśnie, że będą się, co tam Polacy, będą się rozpadać i scalać i rozpadać i scalać i w zasadzie po co wam ta Polska? Możecie się modlić po czesku. Więc myślę, że to tutaj też gdzieś widać właśnie takie animozje, które były związane oczywiście właśnie z terytorium.
Zawsze się bijemy albo o nieswoje sprawy, albo właśnie o kawałek ziemi. To zresztą też widać w książce, która ma się ukazać za czas jakiś; takie słuchy mnie doszły. Mówił o tym Leszek Jodliński na spotkaniu na Aglo kiedyś, że "Krzywy Kościół" Karin Lednickiej ma wyjść w tym roku.
Książka ważna, może nie - przepraszam za to, co powiem najlepsza artystycznie - ale to nieważne. Bo te książki, które ja przekładałam też nie są na bardzo wysokim poziomie literackim, ale są ważne dla tożsamości. A "Krzywy Kościół" opowiada wielką historię, bo teraz jest pierwszy tom przełożony chyba.
Wątpię, żeby wszystkie trzy naraz. No i mówi nie tylko o tych niesnaskach polsko-czeskich, bo na ten temat już bardzo wiele też napisano. Ale też łączy to właśnie z górnictwem, z tymi problemami ekonomicznymi, klasowymi.
Jedna z głównych bohaterek pracuje jako w przekładzie przynajmniej tekstu scenicznego "ograbula", to przełożyła Renata Putzlacher, czyli kobieta, która na przeróbce pracuje. W zakładzie przeróbczym, powinnam powiedzieć.
[Monika Glosowitz] Nie, w przeróbce można też, tak.
[Karolina Pospiszil] I tutaj właśnie łączą się te wszystkie wątki, które nas interesują. Czyli granica, etniczność, język, klasa i płeć też. A jakby punktem wyjścia jest katastrofa, w której zginęło ponad stu górników.
[Monika Glosowitz] Dwustu trzydziestu pięciu.
[Karolina Pospiszil] Już tak pamiętam, bo miałam w głowie inne katastrofy z Karwiny, gdzie górnicy też spłonęli żywcem, ale to już XX wiek, a Krzywy Kościół mówi o przełomie, właśnie tam jest trochę XIX, głównie początek XX.
[Gabriela Gizdoń] A jaka była przyczyna tam?
[Karolina Pospiszil] Na Janie Kazimierzu to były tąpnięcia albo wybuch metanu. To są w ogóle wszystkie, w tym regionie są kopalnie metanowe. Państwo to znają.
Jak tłumaczyłam górnicze wdowy, to najczęściej się pojawiał ten argument, że po prostu, ja to znam z własnej rodziny, bo brat jest ratownikiem górniczym akurat na Staszicu, że bywają oszukiwane metanometry. Nawet te naturalne metanometry sprzed lat również ignorowano, bo wydobycie było ważniejsze niż ludzkie życie, więc to się chyba nie zmieniło. Do dzisiaj mam takie wrażenie i zresztą widzą Państwo ile osób ginie w katastrofach górniczych nadal, więc to chyba cały czas jest to samo podejście i teraz nam klasa wychodzi na wierzch.
Tutaj jakby z tyłu to jest ten obelisk, nie wiem jak to nazwać, pomnik, powiedzmy Šnejdárka razem z tą swastyką narysowaną. No też nie jest to najpiękniejsze dzieło, ale tutaj właśnie jakoś tak opowiadałam w referacie właśnie historie wojny na pomniki. Cieszyńska Nike, nigdy nie zapamiętam chyba całej nazwy, pomnik uczci Legionistów Śląskich poległych za Polskę.
Proszę i tam są też nazwiska, żeby zapamiętać wszystkich, co też istotne, że właśnie polegli za Polskę i tu będzie się włączać kontekst powstań śląskich, których nie będziemy poruszać.
[Monika Glosowitz] Ale pomyślałam o tym, wracając do tego wątku emocji, bo może to jest jakiś taki wątek, który trochę nam szereguje, że Krzywy Kościół, na który Karolina mnie zabrała do czeskiego Cieszyna, jakoś tak otworzył we mnie te refleksje, to zresztą pan też o tym powiedział, że ta tożsamość zbiorowa po jednej i drugiej stronie jest w dużej mierze tożsamością klasową właśnie, jak sobie o niej myślimy tak szeroko, jak o tożsamości społecznej. Myśmy też o tym trochę gadały, myśląc sobie o realizacji, jak to ładnie ujęłaś, nie najwyższych lotów artystycznych, tak jakoś to ujęłaś. Natomiast mnie, ja widziałam to po raz pierwszy, to to w ogóle nie było dla mnie ważne.
W sensie, dla mnie to było tak poruszające. Poruszające było też nie tylko to, co widzę na scenie, nie tylko ta historia opowiedziana, nie tylko to, że opowiadają ją kobiety w dużej mierze, bo to było dla mnie szokujące i dalej. Karolina opowiada o tym, jakie są głosy kobiet w literaturze czeskiej, to sobie myślę, że to jest niemożliwe, że tutaj po tej polskiej stronie to się nie zadziało.
[Karolina Pospiszil] Zadziało się, ale panowie to przesłonili.
[Monika Glosowitz] Możliwe, że tak o tym też powinniśmy myśleć, ale myślę sobie o tym też, jak spoglądałam na publiczność w tym Teatrze Cieszyńskim. Jakiego rodzaju to jest publiczność, w sensie tak mówiąc, powierzchniowym okiem, że my jesteśmy przyzwyczajeni do jakiegoś takiego, nie wiem, arystokratycznego sznytu w tym sensie.
Tak, że inaczej traktujemy teatr, inaczej go widzimy i inaczej sobie wyobrażamy, jak to powinno wyglądać. Tymczasem tam była zupełnie inna atmosfera i ten teatr, ta sztuka po prostu była pewnego rodzaju, no nie wiem, takim zbiorowym upamiętnieniem, ale też rytuałem, w sensie patrząc na to, jak ci ludzie uczestniczyli, tak. I przeżywali to.
I pomyślałam o tym, że nam czegoś takiego brakuje. Ja wiem, Teatr Śląski w Katowicach próbuje różnego rodzaju eksperymentów, które mają te emocje społeczne wzbudzić teraz i od już dobrej dekady pewnie, nie?
[Karolina Pospiszil] Nie wywołują takich emocji, jak "Krzywy Kościół". Byłam na obu spektaklach, mogę porównać jakby tylko te reakcje i ogólnie realizacje, więc to, co jest jakby wymagamy dobrego poziomu artystycznego, ale to jest czasem za mało, żeby dotarło do ludzi. Więc fantastyczny spektakl w reżyserii Mai Kleczewskiej.
Nie wywołał tych reakcji takiego zainteresowania, zresztą odwołano niektóre spektakle, bo bilety nie były sprzedane, a "Krzywy Kościół" - to też pokazuje, jak jest ważne - bo cały czas jednak przyciąga wielu odbiorców. Może nie tyle, co na początku, ale jednak przyciąga. Nie wiem, jak inscenizacja czeskojęzyczna a była.
Podobno. Jeszcze nie widziałam, nie wiem, który teatr, może pan wie? Mówią, że "Hornicke vdovy" [Górnicze wdowy] były.
[Jakub Medek] Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że "Krzywy Kościół" to jest dla mnie dość interesująca rzecz, jeżeli chodzi o taką różnicę między tożsamością czeską a polską, a bliskości między tożsamością taką kulturową czy świadomością kulturową czeską a śląską, które moim zdaniem są sobie zdecydowanie bliższe niż tożsamość czeska i polska. Ta książka jest w całych Czechach. Nie tylko na Śląsku.
Nie tylko na tutaj północnej Morawie. Ona jest hitem. To jest książka, która jest po prostu bestsellerem w całych Czechach i te inscenizacje teatralne, a kilka jest ich, one również są bestsellerami.
To jest rodzaj opowieści, rodzaj narracji właśnie takiej normalnej odkobiecej, którym mam wrażenie, że dużo lepiej trafia do takiej świadomości właśnie zarówno śląskiej, jak i czeskiej, a dla polskiej to jest trochę za mało tych powstań, tej szabelki, tego takiego...
[Karolina Pospiszil] Bo tam tylko raz się biją, jakieś trupy, ale za mało.
[Jakub Medek] To nie jest wielka historia. To nie jest historia o robieniu wielkich rzeczy. Ja pamiętam, nie tak dawno temu rozmawiałem w swoim podcaście z tłumaczką literatury czeskiej Anią Radwan-Żbikowską i ona właśnie użyła takiego pięknego określenia, że my Polacy to robimy takie rzeczy przez wielkie "RZ".
A wy tych wielkich rzeczy nie robicie i to się tutaj nie sprzedaje.
[Karolina Pospiszil] No ja też widzę po wielu lekturach, jak sobie porównuję tę literaturę, że nawet zajmuję się głównie górnośląską i te faktycznie, te narracje czeskie, ale też polskie, jak na przykład pisze Sabina Waszut, no to one są właśnie bardziej codzienne. Takie zwykłe. A wchodzi później, nie wiem, czy powinnam tu mówić, jeden z większych pisarzy polskich, cały na biało i jest tam dużo...
[Monika Glosowitz] Ten, który zgromadził 350 osób chyba.
[Karolina Pospiszil] 400 osób w Bytomiu na spotkaniu autorskim. Więc wybitny pisarz i polskojęzyczny, ale górnośląski.
I on zasłania swoją historią, która się po prostu lepiej sprzedaje, bo tam jest więcej flaków, seksu, krwi, wielkich rzeczy. Bo to było widać u Szczepana Twardocha i nawet w "Drachu", tam są te wielkie rzeczy, a kobiety są gdzieś tak na boku zupełnie. I to nie jest ich perspektywa.
Chociaż one dbają przewyższenia gatunku, nie? Jakby nie było. Ale właśnie i u Sabiny Waszut, czy u Ani Dziewit-Meller, gdzie jest ta perspektywa kobieca, to dzieje się tyle ważnych rzeczy z naszej perspektywy oddolnej.
No jakby mainstream tego nie zauważa, bo faktycznie może to jest to, co właśnie mówiła tłumaczka, że lubimy tylko duże „eRZet”. Ale na Śląsku też się te książki niespecjalnie jakoś... Znaczy nakłady się sprzedały.
Silesia Progress wydawała te książki, które ja tłumaczyłam. Ale no to nie były wielkie nakłady, jak się mogą państwo domyśleć. Ale one już funkcjonują w bardzo specyficznym obiegu właśnie, nie?
[Monika Glosowitz] Takim, no nie wiem, mikroobiegu kulturowym, jakimś takim podzbiorze obiegu kulturowego.
[Karolina Pospiszil] Ale będzie panel z autorkami, więc może coś się zmieni. 9 maja od razu reklamujemy. A 14 maja Krzywy Kościół.
[Paulina Rzymanek] Bezpłatne wejściówki od 1 kwietnia. Zarówno w naszej bibliotece, jak i w Teatrze Ziemi Rybnickiej na Krzywy Kościół, który już 14 maja w Teatrze Ziemi Rybnickiej. O godzinie 18.
[Karolina Pospiszil] A 9 maja będzie można też posłuchać, co mają do powiedzenia pisarki, o których mówię, o których nazwisk nie wspomniałam, za co przepraszam, czyli Anna Malchárková i Ewa Tvrdá. Obie piszą głównie o, jakby opisują kobiecą perspektywę patrzenia na historię powiedzmy mikroregionu, ale w ramach właśnie Górnego Śląska. Tvrdá też pisze po naszemu, czy ona mówi, że pisze w mowie Łysohorskiego.
Ondrę, ale państwo też o Ondrze Łysohorskim nie słyszeli. Wielka postać. Diktand Godki Ślonskij jest imienia Łysohorskiego.
I to chyba tu w Rybniku nawet. Twórca tego języka laskiego. W każdym razie zrozumieliby państwo te teksty bez problemu, jeśli ktokolwiek jest osłuchany ze śląszczyzną, to też nie będzie mieć problemu.
To była taka mowa jakby z okolic Frydku Mistku powiedzmy. Zapisana przez Łysohorskiego. Niektórzy mówią, że stworzył ten język, a inni, że po prostu zapisał.
Ja myślę, że byśmy jeszcze, bo tak spoglądam na te dwa słowa klucze, które zapisałam.
[Monika Glosowitz] Zapisałam Pepiko-Gorola i "ograbulę" i one by były tymi pojęciami, które sobie możemy przypisać za granicą. Ale może jeszcze się wspólnie zastanowimy nad tym, czy możemy wypisać takie słowa klucze, które są istotne dla naszej tożsamości indywidualnej i zbiorowej z taką właśnie może już metaświadomością czy nadświadomością tego regionu pogranicza. Czy coś państwu przychodzi do głowy?
Ja tutaj wzięłam te moje pomoce dydaktyczne, które no właśnie prowadzą w taką stronę jednak myślenia o klasie, o też zakładach pracy. Ja myślę o Rybniku, to ostatnio myślę o takiej mapie zakładów pracy. Tu mam też jeszcze pracę, która jest poświęcona zanieczyszczeniu.
Powietrze, gleby, wody wokół Huty Silesia, m.in. Huty Silesia w Rybniku, chociaż tu akurat jest praca porównawcza pomiędzy Rybnikiem a Skawiną. Więc myślę o wszystkich kopalniach, myślę o Hucie Silesia. Wzięłam też taką książkę, żeby pokazać, że w tej naszej świadomości zbiorowej, społecznej polskiej, czy tej pamięci społecznej polskiej, no są te opowieści takie oddolne, jak my je teraz nazywamy, w sensie były organizowane za czasów PRL-u przecież setki konkursów na pamiętniki, więc to też nie jest tak, że my teraz zbieramy tego rodzaju opowieści.
No skończyło się pewnie po roku 89, a teraz mamy jakiegoś rodzaju odnowienie. Zainteresowania mam też, wyciągnę jeszcze, żeby już skończyć prezentację. "Przyjaciółkę" z 1954 roku, na okładce, której, to jest ten czas, kiedy kobiety pracują w kopalniach na dole.
Jest kobieta górnik, trzy w zasadzie, które nazwane są tutaj przodownicami pracy, które brały udział w tych konkursach na współzawodnictwo. I ja sobie dzisiaj dopiero, czy wczoraj to było, spojrzałam na ten nakład i szczerze mówiąc dalej nie dowierzam. Zastanawiam się, czy to jest faktycznie 2 197 265 egzemplarzy, bo jest to rzecz absolutnie po prostu powalająca i też myślę o tym, co robimy i o tej całej dyskusji trochę w takim kontekście edukacyjno- dydaktyczno-popularyzatorskim, bo jeżeli kiedyś były takie nakłady czasopism, no to się popularyzowało masowo, a my w tej chwili jakby wykuwamy gdzieś tam oddolnie w mikroskali no chociażby, tak?
Próbę ożywienia dyskusji o tym, czym jest region pogranicza i dlaczego w tej pamięci kulturowej tych wątków czeskich, czy nie wiem jak je nazwać, motywami, tropami czeskimi nie ma. To praca jest trudniejsza, nie?
[Karolina Pospiszil] Z jednej strony my właśnie mówimy o tym jakby naporze kultury polskiej na Górnym Śląsku, w tym spojrzeniu z góry, a teraz sobie ja mam tendencję do myślenia niestety takimi skojarzeniami dalekimi. Zofia Kossak w jednym ze swoich reportażach jak przyjechała na Śląsk, znaczy do aglomeracji powiedzmy katowickiej to mówiła o tych Ślązakach jako robolach grubo ciosanych, gburowatych, którzy mówią jakimś takim niskim głosem i są wiecznie brudni i niezadowoleni. Myślę, że to też by łączyło nas właśnie z tym spojrzeniem na Czechów, takim przez Polaków z góry, nie?
Że jesteśmy plebsem po prostu, to co pan też wspominał, tylko tu mi się właśnie jeszcze ten tekst Zofii Kossak, później Zofii Kossak-Szczuckiej uruchomił. On też wyszedł wczoraj na spotkaniu właśnie, które miałam z warszawskimi licealistami, którzy chcieli się dowiedzieć czegoś o Śląsku. Co jest zaskakujące, że faktycznie ktoś przyjeżdża i chce usłyszeć tę opowieść.
No ale nie obyło się bez pytania i prośby, żeby coś po śląsku przeczytać albo powiedzieć. Widać, że to jest podejście jak do egzotyki jakiejś tam. No i tutaj też tak trochę wybrzmiało, że albo Czechy są takim miejscem, gdzie robimy zakupy, albo zwiedzamy coś i traktujemy właśnie jako taką destynację w cudzysłowie oczywiście egzotyczną.
No Praga jest ładna. Ja jestem z frakcji brneńskiej niestety. Więc wolę Brno zdecydowanie.
Albo Ostrawę. Brno? Brno wolisz?
Super. No, zwłaszcza zegar.
[Jakub Medek] Ostatnio jest cały cykl filmików w internecie, w jaki sposób odczytać godzinę na brneńskim Orloju. Bardzo mi się to podoba. Należy stanąć do niego twarzą, cofnąć się piętnaście kroków do tyłu, spojrzeć w lewo i wtedy będzie widać konwencjonalny zegar na ratuszu.
[Karolina Pospiszil] No to jest jakby zegar słoneczny w kształcie powiedzmy fallicznym. No ale jest to wyzyskiwane turystycznie też, bo są one takie magnesy, na które mówią o clockwork, cockwork.
[Jakub Medek] Ja mam takie w trakcie tego spotkania na szybko takie spostrzeżenie, które jest dla mnie w pewien sposób fascynujące, że z jednej strony, jeżeli patrzymy na, że moim zdaniem to, o czym mówiłem, że te kultury czeska i kultura śląska, one są sobie zdecydowanie bliższe niż kultura polska i kultura czeska. A mimo to z tego, co państwo wspominali, to tak na dobrą sprawę te kontakty, czy ta świadomość tego, że te Czechy są za tą Odrą, czy za tą Olzą, one były dużo mocniejsze w momencie, w którym ta granica była granicą. W sytuacji, w której tej granicy już de facto nie ma, bo przecież jej nie ma, to tak naprawdę ona w głowach jest dużo wyższa w tej chwili niż była wtedy.
I to jest coś, ja tego nie rozumiem.
[Karolina Pospiszil] Też nie, ale to jest to, co zauważyłam właśnie w Cieszynie, bo mam znajomych, których córka stoi przed wyborem studiów i jak jej powiedziałam, że no Praga ma blisko, będzie mieć stypendium jako... Wiadomo, jak się jedzie za granicę, to jest to się traktowałoby lepiej, w sensie ma się to stypendium dla studenta obcokrajowca, a że uniwersytety mają za to punkty i dotacje wyższe, no to wiadomo, to się też przekłada na stypendia. I tak jak z tak zwanego Zaolzia Polacy jeżdżą do Krakowa, czy Katowic, czy Warszawy i też wyzyskują właśnie ten status, że mają inne obywatelstwa, mówią po polsku, no to ta córka znajomych ani słowa po czesku, a granicę ma, nie wiem, 10 kilometrów może od swojego domu.
I jakby nawet nie interesowało ją, żeby nauczyć się tego języka, albo przynajmniej przez jakieś kontakty. Wystarczy pójść na basen do czeskiego Cieszyna, który jest całkiem niezły podobno i spotkać ludzi, zacząć rozmawiać, jakby wyzyskać to, że mieszka się przy granicy i można być dwujęzycznym praktycznie od urodzenia. No nie ma tych prób i faktycznie ta granica w głowie cały czas jest.
[Gabriela Gizdoń] A może to jest też tak, że nie ma tych kontaktów, tak jak Pani tutaj mówi, że nie ma w ogóle języka i czekać. Może to trzeba by od najmłodszych lat, od szkół, żeby po prostu jakieś wycieczki, żeby po prostu, no, na przyszłość po prostu te dzieci, które tam mieszkają, nie? No, miały łatwiej.
Nie wiem, ja tak mi to teraz przyszło do głowy, że no przecież Cieszyn jest piękny, ta druga strona też jest piękna. Tak jak Pani mówi, jest...
[Karolina Pospiszil] Trochę mniej.
[Gabriela Gizdoń] Powiedzmy, no ale jest inna. Ja mówię, ale po prostu może dla, jak teraz się mówi o regionalizmie i tam, to może coś takiego, że...
[Karolina Pospiszil] Takie transgraniczne, tak.
[Gabriela Gizdoń] Może to jest jakieś takie.
[Karolina Pospiszil] Bo to jest euroregion podejrzewam, że jeden z euroregionów.
[Gabriela Gizdoń] Może w ten sposób, nie? I wtedy po prostu ktoś by musiał, no, ale to tak szybko mi przyszło do głowy, że no może by to był jakiś, żeby tak jakby scalić, nie wiem.
[Karolina Pospiszil] Ale to też jest kwestia tego, żeby z tymi dziećmi pójść. Po czeskiej stronie też są place zabaw i po prostu niech się pobawi, to już też się osłuchuje, ma kontakt. Ale no nie przekracza się tej granicy.
No to jest dla mnie niepojęte, a z kolei teraz sobie myślę, że mam więcej znajomych w Czeskim Cieszynie. Polaków, którzy jakby z wyboru tam mieszkają, już mają obywatelstwo. No bo łatwiej się w Czechach firma prowadzi na przykład.
Tam jest dużo ułatwień. Służba zdrowia podobno lepsza niż u nas. O tym można dyskutować akurat.
No i właśnie ci Polacy z Czeskiego Cieszyna, znajomi, którzy tam przyjechali, nie są "Tu stela", nie są Zaolziakami, no to oni przekraczają owszem, bo często też pracują na drugi etat w Polsce, ale w drugą stronę, to tak no nie ma. Więc tu możemy się zastanawiać. Ja swoją czeskość też późno odkryłam.
[Monika Glosowitz] No bardzo to jest ciekawe, bo my Karwinę mamy jako miasto partnerskie. Dlatego też ta współpraca nawiązana, ale no jako mieszkanka i interes